poniedziałek, 20 października 2014

Rozdział 31

Poznaliśmy się kilka miesięcy temu na imprezie. Spędziliśmy razem noc po czym odeszłam bez słowa. Nie liczyłam na ponowne spotkanie z Nim. Jednak los chciał tak, że pojawił się w domu mojego przyjaciela. To się chyba nazywa przeznaczenie...? Na początku staraliśmy się być przyjaciółmi. Lecz obydwoje doskonale czuliśmy do siebie coś więcej. Zostaliśmy parą. Wtedy zaczęły się kłopoty. Najpierw moja siostra Victoria starała się wszystko między nami popsuć co prawie jej się udało. Jednak jak każde kłamstwo ma ono krótkie nogi. Myśleliśmy, że wszystko co złe już za nami. Wtedy pojawił się Taylor - mój były chłopak. Bardzo mnie skrzywdził, ale przeprowadzka do innego miasta i odizolowanie się od niego pomogło mi się pozbierać. Bardzo się starał naprawić relację między nami. Postanowiłam więc dać nam szansę na wspólną przyjaźń. W końcu każdemu daję się drugą szansę. Jednak nic więcej do Taylora nie czułam. Miałam przecież Marco. To Jego kochałam i powtarzałam Mu to niejednokrotnie. Jednak zazdrość wzięła nad Reusem górę co doprowadziło do kilku nieporozumień między nami i uświadomiło mi to, że potrzebujemy czasu... Że musimy od siebie odpocząć...
Nazywam się Ann Hofmann i chyba mam złamane serce...

Siedziałam na parapecie okna i przelewałam słowa na kartkę nie wiem w jakim celu. Czułam się lżej na duchu pisząc to wszystko. Z Marco nie widziałam się miesiąc. Dzwoni do mnie codziennie jednak ja nie odbieram. Za każdym razem zostawia wiadomości głosowe, których nie mam odwagi odsłuchać. Z zamyśleń wyrwało mnie ciche pukanie do drzwi. 
- Proszę. - powiedziałam chowając zeszyt pod poduszkę leżąca na parapecie. 
Po chwili w drzwiach pojawiła się moja mama. 
- Mogę? - zapytała lekko się uśmiechając.
- Jasne. - odpowiedziałam i zeszłam z parapetu.
- Kochanie powiedz mi jak się czujesz. - zapytała z troską w głosie siadając obok mnie na łóżku.
- Dobrze się czuję. Nie rozumiem skąd to pytanie? - odpowiedziałam zdziwiona.
- Wiesz, że nie pytam o zdrowie tylko o Twoje serce. Czy Marco coś Ci zrobił? 
- Nie. Mówiłam Ci, że to ja podjęłam decyzję, abyśmy przez jakiś czas się nie spotykali. 
- Skoro Ty podjęłaś taką decyzję...
- Mamo to nie jest dla mnie łatwa sytuacja. - przerwałam jej wypowiedź. - Ale zapewniam Cię, że jest dobrze. - dodałam wysilając się na uśmiech. 
- Ale gdyby coś...
- Tak wiem, że zawsze mogę z Tobą porozmawiać. - po raz kolejny przerwałam jej wypowiedź przytulając ją.
- A jak czuje się Bonnie? - zapytała zmieniając temat.
- Raz lepiej, raz gorzej. Najważniejsze, że porozmawiała z Erikiem i zmieniła zdanie co do adopcji. 
- Rozmawiałam z jej mamą i była w szoku, gdy dowiedziała się o jej planie. 
- Mówiłam jej, żeby przed podjęciem decyzji porozmawiała z rodzicami, a przede wszystkim z Erikiem, bo on też miał coś do powiedzenia. Ale nie słuchała. - wzruszyłam ramionami. - Co tak na mnie patrzysz? - zapytałam zdziwiona.
- Patrzę na jaką mądrą i śliczną kobietę Ci wychowałam. - odpowiedziała uśmiechając się. 
- Ohh mamo nie mów tak. Czuję się wtedy tak staro. - powiedziałam i zaczęłyśmy się śmiać. 

Następnego dnia
- Cześć bąbelki! - rzekłam podchodząc do Bonnie. - Jak się czujesz? - zapytałam głaskając jej zaokrąglający się brzuch.
- Ohh daj spokój. Dzisiaj miałam takie mdłości... Myślałam, że umieram! - odpowiedziała.
- Jeszcze z miesiąc i potem będzie z górki. - starałam się ją pocieszyć. 
- Dzięki za wsparcie i zrozumienie. - pokazała mi język. 
- Do usług. - wyszczerzyłam się do niej.
- Wpadniesz dzisiaj do mnie na noc? Wchłoniemy w siebie milion kalorii, pogadamy, pooglądamy filmy. - zapytała moja przyjaciółka.
- Jasne bardzo chętnie. - uśmiechnęłam się do niej.
- Cześć dziewczyny. - podeszli do nas Lisa i Fabi.
- Cześć. - odpowiedziałam uśmiechając się.
- Oo Lisa dobrze, że jesteś. Zapraszam Cię dzisiaj do mnie na noc. - powiedziała Bonnie.
- Ei! A ja?! - oburzył się Fabi.
- Sorry to babski wieczór. - poklepałam go po ramieniu. 
- To jak? Przyjdziesz? 
- Oczywiście, że tak ! Tylko wcześniej musimy się wybrać z Fabianem na zakup garnituru. Wiecie egzaminy coraz bliżej, a on nadal nie gotowy. - przewróciła teatralnie oczami. 
- Możemy to zrobić jutro. - zaprotestował chłopak.
- Ale zrobimy dzisiaj, bo chce mieć to już załatwione. - odpowiedziała dominująco dziewczyna, a ja i Bonnie zaśmiałyśmy się cicho.

Wieczorem siedziałam u mojej przyjaciółki i zajadałyśmy się toną lodów i chipsów. Kobiety w ciąży potrafią straaaasznie dużo jeść... Rozmawiałyśmy na przeróżne tematy i czekałyśmy na przybycie Lisy.
- Chłopaki wyjechali dzisiaj na tydzień na zgrupowanie. - odezwała się nagle Bonnie.
- Erik pewnie niepocieszony. - odpowiedziałam śmiejąc się i zanurzając łyżkę w pudełku lodów.
- Rozmawiałam z Marco przed wyjazdem. - zaczęła ostrożnie.
Uśmiech z mojej twarzy nagle zniknął.
- Fajnie. - odpowiedziałam wbijając wzrok z pudełko lodów.
- Pytał co u Ciebie. Bardzo chce z Tobą porozmawiać. Odbierz od niego telefon. Jemu na prawdę nie jest łatwo.
W domu Bonnie rozbrzmiał dzwonek do drzwi.
- Oo to pewnie Lisa. Siedź, siedź ja pójdę otworzyć. - odezwałam się szybko wstając i biegnąc do holu.
Dzwonek do drzwi był moim wybawieniem. Nie miałam ochoty na kontynuowanie tego tematu. Tak jak się spodziewałam po otworzeniu drzwi ujrzałam dziewczynę mojego przyjaciela.
- Co się stało? - zapytałam widząc jej minę. 
- Ten facet jest niemożliwy! - zaczęła ściągając kurtkę. 
Udałyśmy się do salonu, gdzie czekała na nas Bonnie. 
- Co jest? - brunetka ponowiła pytanie.
- Rozszarpie go kiedyś jak Boga kocham! - krzyczała układając dłonie w geście duszenia.
- Ale...? - zaczęłam lecz Lisa nie pozwoliła mi dokończyć.
- Ten jest za szeroki, ten ma nie taki kolor, ten za elegancki, ten za luzacki. - gestykulowała naśladując ton głosu swojego chłopaka. - No ludzie! Ile to problemu w kupnie zwykłego garnituru. - dokończyła.
- No wiesz my też mamy problem z kupnem sukienki. - odpowiedziała jej Bonnie.
- Ale tu chodzi o czarny, zwykły, najzwyklejszy garnitur. Daj mi to pudełko. - zwróciła się do mnie. Posłusznie podałam jej opakowanie z lodami leżące obok mnie.
- Ale kupiliście w końcu? - zapytałam.
- Po wielkich trudach, marudzeniach i jękach tak. - odpowiedziała z pełną buzią.

~Marco~
Jesteśmy już na zgrupowaniu drugi dzień. Oczywiście moje myśli krążą wokół Ann i nie dają mi spokoju. Moje nadzieje na odzyskanie jej z każdym dniem maleją. Codzienne nieodebrane telefony bolą coraz bardziej. Mieliśmy tylko od siebie odpocząć, poukładać sobie wszystko. Tymczasem minął już ponad miesiąc, a nie mam żadnej informacji ze strony blondynki. Nawet Bonnie nic nie wie na ten temat. Chyba, że nie chce mi powiedzieć... 
- Reus Ty się dobrze czujesz? - z zamyśleń wyrwał mnie głos Piszczka.
- Tak, a dlaczego pytasz? - odpowiedziałem nie wiedząc o co mu chodzi.
- Człowieku wyglądasz jak zombie. Widziałeś się w lusterku dzisiaj? Przecież Ty masz gorączkę. - odpowiedział przykładając mi dłoń do czoła.
- Aa to. To nic. Nic mi nie jest. - zapewniłem go. - Lekkie przeziębienie. - dodałem i zacząłem kaszleć.
- No nie powiedziałbym. Idź Ty może lepiej do naszego lekarza, bo się jeszcze bardziej zaziębisz i nie będzie mógł zagrać w Lidze Mistrzów za dwa tygodnie. 
- Dobra pójdę, ale tylko po to żeby mu zasygnalizować, że jestem tylko TROCHĘ zaziębiony. - odpowiedziałem dając nacisk na słowo trochę. 
Po drodze do medyka spotkałem trenera.
- Marco, a Ty się dobrze czujesz? - zapytał z troską w głosie. - Dasz radę trenować? 
- Dobrze się czuję i dam radę trenować. - odpowiedziałem i ponownie zacząłem kaszleć. - Idę do lekarza, żeby dał mi jakieś leki na przeziębienie.
- Idź, ale nie wydaje mi się, żeby pozwolił Ci trenować. A jeśli nie on to ja Ci zabronię na kilka dni. - powiedział stanowczo.
- Ale trenerze, mi na prawdę nic nie jest. 
- Idź do lekarza i potem pogadamy. - odpowiedział i odszedł.

- No to się zaprawiłeś Marco. - pół godziny później odezwał się lekarz.
- O czym pan mówi? 
- Masz zapalenie oskrzeli. 
- A to oznacza...?
- A to oznacza mój drogi, że wracasz do Dortmundu i zaczynasz leczenie. - wyjaśnił wypisując mi karteczkę z lekami.
- Co?! Ale jak to?! Przecież ja dam radę trenować. Czuję się dobrze. - zaprotestowałem i zacząłem kaszleć.
- Noo właśnie widzę jak się czujesz. - odpowiedział. - Na szczęście to jest początek zapalenia, więc jak teraz zaczniesz brać leki to myślę, że za kilka dni będzie już dobrze.
- No to nie mogę tu zostać? - zapytałem z nadzieją w głosie.
- Nie widzę sensu. I tak nie będziesz trenować. 
- Ehh no dobrze. - odpuściłem wiedząc, że i tak nic nie wskóram. 
Zabrałem karteczkę z zaleceniami i wyszedłem z gabinetu. Dwie godziny później byłem już w drodze do Dortmundu.

~Ann~
Siedziałam w salonie z telefonem w ręku. Na wyświetlaczu widniał numer Marco. Biłam się z myślami. Zadzwonić czy nie zadzwonić? Co jeśli nie będzie chciał ze mną porozmawiać? Co jeśli on już nie chce ze mną być? W pewnej chwili mój telefon zaczął dzwonić. Wystraszona nagłym dźwiękiem, aż podskoczyłam. Spojrzałam kto dzwoni z nadzieją, że może to blondyn. Niestety nie był to Marco.
- Cześć Taylor. - odezwałam się bez większych emocji. 
- Cześć. Jesteś zajęta? - zapytał wesoło.
- W sumie to nie. 
- To świetnie. Spotkamy się w tej kawiarni niedaleko Ciebie? 
- Jasne może być. 
- Za 30 minut? 
- Spoko mi pasuje.
- To do zobaczenia. 
- Pa. - rozłączyłam się i ruszyłam na górę zabrać torebkę. 
Pół godziny później siedziałam z Taylorem w kawiarni i piliśmy kawę.
- Więc dlaczego chciałeś się ze mną spotkać? - rozpoczęłam rozmowę.
- Dawno się nie widzieliśmy. Stało się coś, że się nie odzywałaś? 
- Nie nic się nie stało. Po prostu mam dużo nauki przed maturą. - wymigałam się od odpowiedzi.
- A między Tobą a Marco jak? 
- Na razie się nie spotykamy. 
W torebce usłyszałam dźwięk przychodzącego SMS-a.
- Przepraszam. - zwróciłam się do Taylora i sięgnęłam po torebkę.
Szukając mojego telefonu natknęłam się na klucze do domu Marco.
- Cholera. - przeklęłam cicho.
- Co się stało? - zainteresował się chłopak.
- Przez cały czas miałam klucze do domu Marco. Muszę mu je oddać. 
- Myślisz, że nie będziecie już razem? 
- Nie wiem. Muszę z nim pogadać. Moja mama prosi mnie o telefon. Przepraszam Cię pójdę zadzwonić. - odpowiedziałam i wstałam od stolika. 
Po niecałych 5 minutach wróciłam do Taylora.
- Już jestem. - wysiliłam się na lekki uśmiech. 
- Cieszę się. - odpowiedział mi uśmiechając się. 
Wzięłam łyk kawy i rozpoczęliśmy z Taylorem rozmowę. Po jakiś 30 minutach zaczęłam się robić dziwnie senna.
- Taylor ja już chyba będę szła do domu. - odpowiedziałam słabo.
- Ann dobrze się czujesz? 
- Jakoś tak mi się sennie zrobiło. Obym nie była chora. - powiedziałam i wstałam.
- Czekaj pomogę Ci. - poczułam jego uścisk na moim łokciu. 

Obudziłam się nie wiem po jakim czasie. W dodatku nie byłam w swoim domu! Rozejrzałam się po pomieszczeniu i po chwili dotarło do mnie, że jestem w domu Marco. Nie rozumiejąc co się dzieje podniosłam się lekko. Na kanapie obok siedział... Taylor?! 
- Taylor co się dzieje? Czemu tu jestem? 
- Myślałem, że mój plan nie wypali, ale Ty mi go jeszcze bardziej ułatwiłaś. - odpowiedział z cwaniackim uśmieszkiem.
- O czym Ty mówisz? Jaki plan? 
- Widzisz kotku. Mam kilku ludzi do spłacenia, a zbytnio nie mam za co, a że Twój chłoptaś ma kasy pod dostatkiem to się chyba nie obrazi jak sobie trochę przywłaszczę. - odpowiedział podchodząc do mnie. - Musiałem się do was zbliżyć, a że Marco mi od początku nie ufał musiałem szukać innego sposobu. Straciłem już nadzieję po tym waszym zerwaniu wtedy Ty znalazłaś klucze do jego domu. Kiedy odeszłaś zadzwonić kilka kropel środka nasennego zrobiło swoje. - wyjaśnił uśmiechając się.
- Więc Ty ten cały czas... - urwałam i poczułam łzy napływające do oczu. - A ja myślałam...
- Co myślałaś?! Że zapomnę co mi zrobiłaś?! - zaśmiał się ironicznie.
- Ja Ci zrobiłam?! - podniosłam głos. 
- Przez Ciebie mam wyrok na koncie! Gdybyś wtedy była grzeczna nic by się nie stało. Ale nie martw się. Za chwilę dostanę to czego nie dostałem tamtym razem. - odpowiedział i przejechał mi palcem po policzku. 
- Chyba śnisz. - syknęłam i próbowałam go spoliczkować, lecz Taylor był szybszy i złapał moją dłoń.
- Tak się nie będziemy bawić kochanie. - odpowiedział spokojnie i uderzył mnie w policzek. 
Upadłam na kanapę i poczułam na ustach smak ciepłej krwi. 
- Radzę Ci, żebyś była grzeczna. - Taylor wyciągnął z kieszeni scyzoryk i dotknął nim mojego policzka. - A teraz rozejrzyjmy się co tu ma nasz pan piłkarz. - odszedł ode mnie i zaczął rozglądać się po salonie Reusa. 
W duchu cieszyłam się, że Marco jest na zgrupowaniu daleko stąd. W tej chwili pożałowałam tego co pomyślałam. Drzwi do domu blondyna zaczęły się otwierać, a w środku pojawił się Marco.
- Co tu...? - zaczął. - Co tu się do cholery dzieje?! Co wy tu robicie?! Ann wszystko dobrze?! - zapytał ze strachem w głosie.
- Marco idź stąd. - odezwałam się płaczliwym głosem.
- Ależ skąd! Marco nigdzie nie pójdzie! - odpowiedział wesoło Taylor. 
- Co wy tu robicie?! Co TY tu robisz?! - zwrócił się z groźnym spojrzeniem do Taylora. 
- Nie krzycz proszę tylko usiądź. - mówił spokojnie Taylor wskazując scyzorykiem fotel.
Marco stał niewzruszony na jego słowa.
- Siadaj, albo potnę tą jej piękną buźkę. - odpowiedział groźniej podnosząc mnie i przystawiając ostrze do twarzy.
- Ok, ok! Ale puść ją! - Marco podniósł dłonie w geście poddania i zaczął zbliżać się powoli w kierunku fotela. 
Taylor puścił mnie i rzucił na kanapę. 
- Ann odsuń się! - usłyszałam głos Marco i po chwili zobaczyłam blondyna rzucającego się na Taylora. 
Zaczęli się szarpać raz po raz wymierzając sobie ciosy w twarz. Nagle Taylor zamachnął się scyzorykiem i wbił go Marco w brzuch.
- NIEEEE! - pisnęłam.
Marco jednak dalej szamotał się z Taylorem. Ja rozglądałam się po pokoju szukając czegoś, aby pomóc blondynowi. W rogu pokoju zobaczyłam szklany wazon. Podbiegłam po niego jak najszybciej. Gdy znalazłam się za Taylorem uderzyłam go wazonem, a ten rozprysł się na milion małych kawałków. 
- Boże zabiłam go! - krzyknęłam w szoku patrząc na leżącego chłopaka.
- Zadzwoń po karetkę i policję. - usłyszałam słaby głos Marco.
Blondyn po chwili upadł bez ruchu na podłogę...
_____________________
No i jestem. W końcu wymęczyłam rozdział :) Chyba nie wyszedł, aż taki zły :) Nie wiem czy moja wyobraźnia na koniec za bardzo nie poszalała :) Pisałam to wczoraj wieczorem kiedy byłam już mega zmęczona :) Początek to był taki nagły impuls :D Skojarzyło mi się to z jakimś filmem czy serialem nie mogę sobie przypomnieć tytułu i musiałam to wpleść do rozdziału no po prostu musiałam :)



Do następnego ;**

wtorek, 30 września 2014

Rozdział 30

- O czym Ty mówisz?! - krzyknęłam nie rozumiejąc wybuchu blondyna. 
- Zamierzałaś mi powiedzieć?! - wydzierał się dalej. - Moje czy może jego?! 
- Marco do cholery! Uspokój się i powiedz o co Ci chodzi! - spojrzałam na niego, ale nie doczekawszy się odpowiedzi sięgnęłam po gazetę, którą rzucił przede mną. - Marco... To nie tak... - zaczęłam, ale mi przerwał.
- Przez ten cały czas mnie okłamujesz! Mówisz, że się z nim nie spotykasz, ale potajemnie piszesz z nim! Przespałaś się z nim?! No powiedz to wreszcie! - wyrzucił wreszcie z siebie.
- Nie przespałam się z nim! To po prostu...- urwałam.
- Jesteś w ciąży?! 
- Marco! 
- Nie chce mi się z Tobą gadać! - wykrzyknął i wyszedł z mojego domu.
Zszokowana całym tym zajściem usiadłam na kanapie i zaczęłam płakać.

RETROSPEKCJA

- Co się stało?! - zapytałam widząc wystraszoną minę mojej przyjaciółki. 
- Wyszedł pozytywny. - mówiła jak w transie zanosząc się od płaczu. 
Wyciągnęła do mnie dłoń i podała malutkie opakowanie. Spojrzałam na nie niepewnie. 
- Jesteś w ciąży?! - krzyknęłam rozumiejąc co chce mi przekazać Bonnie.
- Pójdziesz ze mną do lekarza? Muszę mieć pewność. 
- A co z Erikiem? 
- Nie chce mu nic mówić, dopóki nie będę miała pewności. - wyjaśniła. - Pójdziesz ze mną? - ponowiła pytanie.
- Jasne, że pójdę. - odpowiedziałam przytulając ją. - Kiedy masz wizytę? 
- Jutro po południu. 

Następnego dnia

- Nie denerwuj się. Wszystko będzie dobrze. - siedząc w poczekalni starałam się dodać mojej przyjaciółce otuchy.
- Nic nie będzie dobrze Ann. Mamy za dwa miesiące maturę. Jak się okaże, że jestem w ciąży to wszystkie moje plany legną w gruzach. - odpowiedziała łamiącym się głosem. 
- Bonnie dasz radę. Kto jak nie Ty? Zresztą masz rodziców, mnie, Erika, Marco. 
- Bonnie Bahmann. - z gabinetu wyszła pielęgniarka wyczytując nazwisko mojej przyjaciółki. 
- Wszystko będzie dobrze pamiętaj. - powtórzyłam, przytulając ją. 
Moja przyjaciółka zniknęła za drzwiami, a ja wróciłam na swoje miejsce biorąc leżącą na stoliku gazetę o ciąży. 15 minut później drzwi gabinetu otworzyły się i ujrzałam Bonnie. Widząc jej minę odłożyłam czasopismo i podeszłam do niej. 
- Czyli jednak. - odezwałam się ostrożnie.
Bonnie nic nie odpowiedziała tylko przytuliła się do mnie płacząc.
- 8 tydzień. Ja sobie nie dam rady. - odezwała się przez łzy. - Ja nie jestem gotowa na dziecko! Nie teraz! Boże co ja narobiłam! - usiadła na krześle i zakryła rękoma twarz.
- Uspokój się. Jedźmy do mnie. Napijemy się herbaty. Ochłoniesz, poukładasz to sobie i jakoś to będzie. 
- Ann. - spojrzała na mnie zapłakanymi oczami.
- Słucham Cię?
- Nie mówmy o tym na razie nikomu. A zwłaszcza Erikowi. 
- Ale...
- Ann proszę Cię zrób to dla mnie. - przerwała mi Bonnie.
- No dobrze. Obiecuję, że nikomu nie powiem. - uległam jej nie chcąc prowokować kłótni. 

Kilka dni później

- Bonnie nareszcie! Martwiłam się!
- Nic mi nie jest. - odparła bez żadnych emocji wchodząc do mojego domu. 
Gestem ręki zaprosiłam ją do salonu.
- Sama jesteś?
- Tata w pracy, a mama na zakupach. - uśmiechnęłam się lekko. - Napijesz się czegoś? - zapytałam.
- Nie dzięki. - odpowiedziała siadając na kanapie.
- Jak się czujesz? - zajęłam miejsce naprzeciwko niej.
- A jak mam się czuć? Dalej nie wiem co mam zrobić. 
- Ale Ty chyba...- zatrzymałam się na chwilę. - Chyba nie chcesz usunąć? - wydusiłam wreszcie.
- Nie! To na pewno nie wchodzi w grę! Nie mogłabym. To dziecko nie jest niczemu winne. - zaprotestowała szybko. 
- Rozmawiałaś z Erikiem? 
- Unikam go od kilku dni. 
- Dlaczego? 
- Tak będzie najlepiej. 
- Dla kogo? - prychnęłam z ironią. 
- Ann ja mu nie chce psuć życia i kariery. Nie chce żeby pomyślał, że złapałam go na dziecko. - wyjaśniła spokojnie.
- A może on tego tak nie postrzega? Nie pomyślałaś o nim? 
- Ja cały czas o nim myślę! 
- Bonnie to jest tak samo jego dziecko jak i Twoje. A dziecko powinno mieć oboje rodziców.
- I będzie miało. Rozważam adopcję. 
- Co takiego?! 
- Powiedziałam, że rozważam. Jeszcze żadnej decyzji nie podjęłam. 
Naszą rozmowę przerwał dzwonek do drzwi.
- Pójdę otwo...- nie zdążyłam dokończyć, ponieważ w salonie pojawił się Marco.
- Co to ma być do cholery?! - krzyknął rzucając mi jakąś gazetę przed nos.


TERAŹNIEJSZOŚĆ

- Ann przepraszam. Powinnam była coś powiedzieć. 
- Nie przejmuj się. To nie Twoja wina. - odezwałam się ocierając łzy.
- Moja. Starałaś się mnie kryć. Ale to Marco mogłaś mu powiedzieć. 
- Gdyby tak nie zareagował może dałoby się to jakoś wytłumaczyć. On jest tak cholernie zazdrosny o Taylora. Ja już nie mam siły mu tłumaczyć, że nic między nami nie ma. 
- Może z nim pogadam? Wytłumaczę mu wszystko? 
- Bonnie masz dużo swoich problemów. Nie przejmuj się mną ani Marco. Ale dziękuję. - odpowiedziałam i ją przytuliłam. 

~Marco~
Zdenerwowany wracałem do domu nie zwracając uwagi na to co się dzieje dookoła mnie. Po drodze wybrałem numer do Erika.
- Siema Marco. - odezwał się chłopak. - Co tam? 
- Jesteś zajęty Młody? - zapytałem prosto z mostu.
- Właściwie to nie. Bonnie od kilku dni się nie odzywa. Nie wiem co jest grane. - odparł smętnie.
- To zbieraj się i za 10 minut u mnie. Aa i wstąp po drodze po jakiś alkohol. - zarządziłem.
- Stało się coś? 
- Widzimy się u mnie. - nie czekając na odpowiedź chłopaka rozłączyłem się. 
Godzinę później siedzieliśmy razem z Durmem w moim salonie i sączyliśmy pierwsze piwo.
- Więc powiesz co się stało? - rozpoczął rozmowę Erik.
- Nie chce o tym gadać. - odparłem ponuro. 
- Ok. W takim razie idę po następne piwo. 
Durm ruszył do kuchni, gdzie w lodówce chłodziły się kolejne butelki piwa. Czekając na mojego przyjaciela usłyszałem dzwonek do drzwi. Niechętnie wstałem i poszedł sprawdzić kogo do mnie niesie. 
- Musimy pogadać. - Bonnie weszła do mojego domu nie czekając na zaproszenie.
- Tak wejdź Bonnie. - powiedziałem ironicznie i ruszyłem za brunetką, która stała w salonie i tupała nerwowo nogą, trzymając ręce skrzyżowane na piersi. - Co Cię do mnie sprowadza? Bo jeśli Ann Cię przysłała, żebyś ze mną pogadała to daruj sobie. 
- Ann nie wie, że tu jestem. Reus do cholery co Ty wyprawiasz? - zapytała z wyczuwalną złością w głosie.
- Co ja wyprawiam?! Ja?! To nie ja się przespałem z moją byłą i to nie ja jestem w ciąży! - krzyknąłem na nią. 
- Ona nie jest w ciąży! - dziewczyna również krzyknęła.
- To co niby robiła w tej klinice ostatnio? 
- Ja jestem w ciąży Ty skończony kretynie! Gdybyś nie zauważył ja też byłam na tych zdjęciach. - wyjaśniła, a ja stałem jak wryty w podłogę nie wiedząc co powiedzieć.
- Jesteś w ciąży? - w salonie pojawił się zszokowany Durm.
- Erik?! Co Ty tutaj robisz?! - Bonnie odwróciła się zdziwiona przodem do niego. 
- Zamierzałaś mi powiedzieć o dziecku? - zignorował jej pytanie chłopak. 
Nie przysłuchując się ich dalszej rozmowie pobiegłem do sypialni, gdzie zamówiłem taksówkę, oraz przebrałem się w wyjściowe ubrania. 10 minut później byłem w drodze do domu Ann.
- Proszę się zatrzymać przy tej kwiaciarni i zaczekać na mnie. - rzekłem do kierowcy zauważając sklep z kwiatami. 
Jak najprędzej wybiegłem z taksówki i kupiłem bukiet czerwonych róż. 
Pod domem Ann wcisnąłem guzik dzwonka i tym razem zaczekałem, aż ktoś otworzy drzwi. Po chwili w progu pojawiła się blondynka. Nic nie mówiąc wpuściła mnie do środka. Dziewczyna bez słowa weszła do salonu nie patrząc na mnie, usiadła na kanapie i podkurczyła nogi. 
- Ann przepraszam. Byłem debilem nie pozwalając Ci dojść do słowa. Bonnie mi wszystko powiedziała. 
Blondynka spojrzała na mnie nadal się nie odzywając. 
- Zachowałem się jak skończony dupek. Ann proszę powiedz coś, bo to Twoje milczenie mnie dobija. - niemalże jęknąłem.
- Co mam Ci niby powiedzieć? Sam wszystko powiedziałeś. Że byłeś debilem, że zachowałeś się jak dupek. Ja już nic nie muszę dodawać. - odpowiedziała bez żadnych emocji dziewczyna. 
- Ann, Kochanie proszę Cię wybacz mi. Ja Cię na prawdę ko...
- Musimy od siebie odpocząć. Tak będzie lepiej- przerwała mi. 
- Zrywasz ze mną? - zapytałem będąc w szoku.
- Skoro tak to wolisz nazywać. Za dużo się ostatnio wydarzyło i przerwa dobrze nam zrobi. - odpowiedziała nie patrząc na mnie. 
- Nie kochasz mnie już? - zapytałem łamiącym się głosem.
- Kocham. Nawet nie wiesz jak bardzo. Ale nie umiem już tak dłużej funkcjonować. Potrzebuję czasu, żeby to sobie wszystko poukładać. - odpowiedziała ze łzami w oczach. - Maco proszę Cię idź już. - dodała.
Nic nie mówiąc spełniłem jej prośbę. Kwiaty, które nadal trzymałem w dłoniach wyrzuciłem do kosza przed domem blondynki. 
_____________________
Po raz kolejny PRZEPRASZAM! :( Dzisiaj w końcu się zebrałam i za cały dzień wyszło to coś... Nie zachwyca jak ostatnio żaden rozdział... 
Wena odeszła daleko, daleko i nie chce wrócić :( Poza tym doba jest dla mnie za krótka... Co dwa tygodnie w weekendy szkoła, w tygodniu praca.. Jak mam chwilę wolną i jest ciepło to nie ma mnie w domu, a wieczorem nie mam siły pisać... Dlatego teraz nie obiecuję kiedy będzie rozdział, gdyż sama tego nie wiem... Mam nadzieję, że mi wybaczycie :*


Kapitan & kapitan :D 

Do kolejnego ;**


czwartek, 11 września 2014

Rozdział 29

Biegłam przed siebie nie zwracając na nikogo uwagi. Zabolały mnie słowa, które powiedział Marco. Jak on mógł mi nie ufać? Przecież ja go kocham nigdy bym go nie zdradziła. W pewnym momencie zderzyłam się z kimś i upadłam na ziemię. 
- Bardzo przepraszam to moja wina. - zaczęłam pośpiesznie wstając. - Niezdara ze mnie nie zauważyłam pana. - kontynuowałam nie patrząc na osobę stojącą przede mną.
- Ann? Ann co się stało? 
Podniosłam głowę do góry i zauważyłam stojącego przede mną Taylora. Jeszcze jego mi brakowało - pomyślałam.
- Nic się nie stało. - odpowiedziałam i próbowałam go wyminąć.
- Poczekaj. - odezwał się łapiąc za rękę i odwracając do siebie. - Przecież widzę, że płakałaś. 
- Pokłóciłam się z Marco! Teraz już wiesz. Zadowolony?! - krzyknęłam po czym kolejne łzy spłynęły po moim policzku. 
- Chodź porozmawiamy. - mówił spokojnie. 
- Nie chce rozmawiać. - burknęłam. 
- No to możemy pomilczeć. - nie dawał za wygraną. 
Co prawda był środek zimy i lekko zaczął prószyć śnieg, jednak to nie przeszkadzało Taylorowi usiąść na jednej z ławek w parku. Dla świętego spokoju zajęłam miejsce obok niego nic się nie odzywając. 
- Powiesz o co wam poszło? - odezwał się po kilku minutach. 
- O Ciebie. On jest tak cholernie zazdrosny, a nie ma powodu. - odpowiedziałam marszcząc czoło. 
- Każdy na jego miejscu by był. - zaśmiał się.
- Niepotrzebnie Ci powiedziałam, skoro Cię to bawi. - rzuciłam i próbowałam wstać. 
- Poczekaj. - kolejny raz tego dnia Taylor zatrzymał mnie przed odejściem. - Przepraszam nie powinienem. 
- Twoje nabijanie mi nie pomaga. Ja go na prawdę kocham. - powiedziałam spuszczając głowę.
- Rozumiem. Ale Ann nie widzisz jak on Cię traktuje? Jak swoją własność. 
- O czym Ty do cholery mówisz?! - podniosłam na niego wzrok.
- O tym, że wybiera Ci z kim masz się przyjaźnić. Jeszcze trochę i zakażę Ci ze wszystkimi znajomymi się spotykać. 
- Taylor nie wygaduj głupot! Marco taki nie jest. On Cię po prostu jeszcze nie poznał. A nasza przeszłość mu tego nie ułatwia. - wyjaśniłam.
- I Ty go jeszcze bronisz? Ann nie widzisz, że wy do siebie nie pasujecie? Jesteście z dwóch różnych światów. On jest piłkarzem może mieć każdą dziewczynę. Myślisz, że dochowa Ci wierności? Przy pierwszej lepszej okazji, gdy spotka jakąś pannę to zapomni, że Ty istniejesz. 
- Ty dalej masz nadzieję, że ja zerwę z Marco i wrócę do Ciebie? - spojrzałam na niego ze zdziwieniem. 
- Może mam, może nie. - wzruszył obojętnie ramionami.
- Boże Taylor Ty na serio na to liczysz! Ale nie uda Ci się mnie skłócić z Marco! Niepotrzebnie zaczęłam z Tobą o tym rozmawiać. Cześć! - tym razem Taylor nie próbował mnie zatrzymywać. 
- Wspomnisz jeszcze moje słowa! - krzyknął za mną.
Kilka minut później znalazłam się pod moim domem. Wkurzona na Marco jak i na Taylora wbiegłam do środka trzaskając drzwiami tak, że chyba cała ulica to słyszała. Do przedpokoju wbiegła moja mama chcąc sprawdzić co się stało.
- Ann? Wszystko w porządku?
- Nie chce o tym gadać. - odpowiedziałam i wyminęłam ją.
- Masz gościa. - dodała.
- Kogo? - zapytałam zatrzymując się.
- Czeka na Ciebie w salonie. - uśmiechnęła się lekko i zniknęła za drzwiami prowadzącymi do pralni.
- Weszłam do salonu i dostrzegłam siedzącego na kanapie blondyna. 
- A Ty co tu robisz? Znowu przyszedłeś oskarżać mnie o to, że zdradzam Cię z Taylorem?! - zapytałam ostro krzyżując ręce na piersi. 
Marco spojrzał na mnie i pośpiesznie wstał z kanapy.
- Przyszedłem Cię przeprosić. - odpowiedział skruszony. 
- I co za każdym razem będziesz robił mi taką awanturę, a potem przepraszał? - zapytałam nieco łagodniejszym tonem. - Marco kocham Cię, ale tak się dłużej nie da. - westchnęłam.
- Chcesz ze mną zerwać? - zapytał z wyraźnym przerażeniem w oczach. 
- Oczywiście, że nie chce. Jeśli ma być między nami dobrze to musisz odrobinę bardziej mi zaufać. - wyjaśniłam. - Ja się postaram ograniczyć kontakty z Taylerem do minimum, ale Ty musisz mi obiecać, że nie będziesz już taki zazdrosny. - dodałam wspominając nasze dzisiejsze spotkanie. 
- Obiecuję. Nie będzie to łatwe, ale postaram się. Za bardzo mi na Tobie zależy. - odpowiedział i podszedł do mnie mocno mnie przytulając. 
Cała złość na Reusa uszła ze mnie w mgnieniu oka. 
Wieczorem leżałam z Marco na łóżku i oglądaliśmy film, kiedy usłyszałam dzwonek przychodzącego SMS-a. Wstałam niechętnie po urządzenie po czym otworzyłam wiadomość. Była od Taylora. Przeczytałam szybko jej treść po czym nie odpisując odłożyłam telefon na szafkę i wróciłam do blondyna.
- Wszystko ok? Kto to był? - zainteresował się chłopak.
- Jakaś reklama z sieci. Nic ważnego. - odpowiedziałam chcąc uciąć temat. 

~Marco~
Ann po odczytaniu wiadomości za wszelką cenę starała się zachowywać normalnie. Im bardziej się starała tym ja miałem coraz większą pewność, że Ann nie do końca była ze mną szczera. Wiem, że nie powinienem tego robić, ale gdy Ann wyszła z pokoju wziąłem jej telefon i sprawdziłem ową wiadomość jaką miała być reklama. Jednak gdy wszedłem w wiadomości zobaczyłem, że jest ona od Taylora.

'Ann przepraszam. Nie powinienem był tak mówić. Między nami było już tak dobrze. Tak jak dawnej. Proszę odezwij się do mnie i daj mi to wytłumaczyć.' 

Po przeczytaniu wiadomości we mnie, aż się zagotowało. Usłyszałem wchodzącą po schodach Ann, więc szybko odłożyłem telefon i wróciłem na miejsce. 
- Popcorn gotowy. - uśmiechnęła się blondynka wskazując miskę. - Możemy oglądać dalej. - odpowiedziała i położyła się obok mnie.
- Mhm. - odpowiedziałem i uruchomiłem film. 
Nie mogłem się skupić na oglądaniu. Cały czas miałem w głowie wiadomość od Taylora. Nie mogłem jednak powiedzieć Ann o tym, że zaglądałem do jej telefonu. Obiecałem jej, będę miał większe zaufanie do niej i nie chciałem znowu tego popsuć. Wierzyłem w jej zapewnienia, że między nią a Taylorem nic nie ma. Z zamyśleń wyrwał mnie głos dziewczyny.
- Halo Marco. Mówię do Ciebie. - pomachała mi przed oczami. 
- C.. co? Przepraszam zamyśliłem się. O co pytałaś? - starałem się utrzymywać normalny ton głosu.
- Pytałam czy oglądamy coś jeszcze? 
- Wiesz co późno już, a ja zmęczony jestem i zaczęła mnie boleć kostka. Pojadę już do siebie. - odpowiedziałem.
- Wszystko dobrze? Martwisz się tą kostką? - zapytała tak rozumiejąc moje chwilowe zamyślenie.
- Trochę tak. Ale wszystko będzie dobrze. - uśmiechnąłem się i pocałowałem ją w czoło.
- Oczywiście, że będzie. Kto jak nie Ty. - uśmiechnęła się do mnie. 
- Zadzwonię po taksówkę. 
- Nie wygłupiaj się. Wezmę auto od rodziców i Cię odwiozę. - zaprotestowała. 
- Nie potrzeba. Nie musisz się fatygować. 
- Bez gadania. Choć raz ja mogę Cię odwieźć, a nie Ty mnie. - uderzyła mnie lekko w bark po czym wyszła z pokoju. 
Po chwili wróciła i zaczęła się przebierać. Siedziałem i patrzałem na jej idealne ciało zastanawiając się czy to możliwe, że byłaby w stanie mnie zdradzić, a potem zapewniać prosto w oczy, że nic jej nie łączy z Taylorem. 
- Co mi się tak przyglądasz? - zapytała uśmiechając się. 
- Kocham Cię wiesz? - odpowiedziałem pytaniem.
- Ja Ciebie też. - rzekła podchodząc do mnie i składając na mych ustach gorący pocałunek. - Możemy już iść. - dodała gdy się od siebie odsunęliśmy. 

Tydzień później
W końcu wróciłem do treningów z lekkim obciążeniem. Strasznie mi tego brakowało! Za kilka dni gramy mecz z Freiburgiem, w którym zagram po raz pierwszy od czasu kontuzji kostki. 
- Marco rozmawiałeś może ostatnio z Ann? - w szatni podszedł do mnie Erik.
- Dlaczego pytasz? Stało się coś? 
- Nie mogę od kilku dni skontaktować się z Bonnie. Byłem u niej ale jej mama powiedziała, że jej nie ma. Może Ann Ci powiedziała co z nią? 
- Nie widziałem się z Ann od dwóch dni. Mają teraz straszny natłok testów i jest zawalona tym wszystkim. Pewnie Bonnie ma to samo. Wiesz jakie z nich pilne uczennice. - zaśmiałem się. 
- No to chociaż mogła mi wiadomość napisać. Martwię się o nią. - rzekł lekko zawiedziony Durm.
- Młody nie przejmuj się. Za dwa miesiące mają maturę. Stresują się. To normalne. - poklepałem go po ramieniu. 
Godzinę później wracałem do domu. Po drodze wjechałem do sklepu na małe zakupy. Przy kasie jak zawsze zakupiłem gazetę. Głównie po to, aby 'odwiedzić' dział sportowy. W domu udałem się do kuchni, gdzie rozpakowałem zakupy. Wyciągając gazetę rzuciłem ją na blat kuchenny nie zwracając na nią najmniejszej uwagi. Gdy uporałem się już z rozpakowywaniem produktów mogłem spokojnie przejrzeć artykuły. Gazeta po moim rzuceniu otwarta była na jednej ze stron. Moją uwagę przykuło zdjęcie Ann. Jak najszybciej wziąłem gazetę do rąk i zacząłem czytać artykuł:
'Marco Reus ojcem?!
Jak podaje nasze źródło dziewczyna piłkarza Borussi Dortmund Marco Reusa (25 l.) widziana była kilka dni temu w klinice ginekologicznej. 
Czyżby najbardziej pożądany przez fanki piłkarz Dortmundu miał zostać ojcem?'
Dalszej części artykułu nie doczytałem. Jak najprędzej wziąłem kluczyki od auta i udałem się do domu Ann. Kilka minut później byłem na miejscu. Zadzwoniłem dzwonkiem i nie czekając na zaproszenie wszedłem do środka. W salonie spotkałem Ann.
- Co to ma być do cholery?! - krzyknąłem rzucając jej gazetę przed nos...

_____________________
Weny nie ma, pisać trzeba... Wybaczcie za to coś powyżej... Musiałam coś naskrobać, bo mam wyrzuty sumienia, że tak długo nie pisałam... U mnie już powoli wszystko wychodzi na prostą, więc jeśli się uda rozdziały zaczną się częściej pojawiać. 


Marco znowu kontuzjowany :( Ten to ma pecha do reprezentacji :(
Do następnego ;*